Zauważyliście, że w literaturze fantasy rzadko trafiają się powieści pojedyncze? Najczęściej są one zgrupowane w serie — trylogie lub jeszcze bardziej rozbudowane cykle. Oczywiście dla miłośników fantasy to tym lepiej, bo więcej czasu mogą spędzić ze swoimi ulubionymi bohaterami. Książkowych serii jest niezliczone mrowie, ale tutaj rzucimy okiem na trzy szczególne.
Wiedźmiński cykl Andrzeja Sapkowskiego tworzą dwa tomy opowiadań oraz pięcioczęściowa saga. Choć określenie „Saga o wiedźminie” na dobre do tej książkowej serii przylgnęło, jest ono nieco mylące — na dobrą sprawę trudno stwierdzić jednoznacznie, czy to naprawdę wiedźmin Geralt jest tu głównym bohaterem. Na przestrzeni cyklu występują całe rzesze wyrazistych postaci, sam Geralt zaś potrafi nieraz zniknąć na wiele rozdziałów, ustępując miejsca innym bohaterom, przede wszystkim Ciri, której Sapkowski poświęcił tu niemniej miejsca niż białowłosemu zabójcy potworów.
Odkładając jednak na bok takie dywagacje, trzeba powiedzieć jedno — wiedźmiński cykl od lat stanowi szczytowe osiągnięcie polskiej fantasy. A za sprawą popularnych na całym świecie gier komputerowych przeżywa obecnie swój renesans. Geralt i jego świat są teraz rozpoznawalnym polskim produktem eksportowym, marką pracującą na swój międzynarodowy sukces. Wystarczy wspomnieć, że o Geralcie powstaje właśnie serial Netflixa — oby okazał się lepszy niż ten polski sprzed lat.
Skąd taka popularność wiedźmińskiej sagi? Z pewnością barwne przygody, żywe dialogi (te Sapkowski umie pisać jak nikt) oraz miejscami pokomplikowane intrygi zrobiły swoje. Ale chyba głównym atutem serii stała się kompleksowość — zarówno bohaterów, jak i przedstawionych wydarzeń. Nie ma tu jasno przebiegającego podziału między dobrem i złem, do którego przyzwyczaiła nas klasyczna fantastyka spod znaku „Władcy Pierścieni”. Postaci są tu wielowymiarowe, podejmują decyzje moralnie niejednoznaczne, a adaptacje filmowe i serialowe wielokrotnie próbują zmierzyć się z tą złożonością — nie zawsze ze stuprocentowym skutkiem.

Cykl Ursuli Le Guin o czarnoksiężniku Gedzie oraz różnych osobach, które spotkały go na swej drodze, jest uważany za najlepsze dzieło tej pisarki. Przy czym wypada zauważyć, że chociaż kreacja fantastycznego świata i panujących w nim reguł jest całkiem przyzwoita, to nie w niej tkwi siła tych książek. Ziemiomorze nie ma tak bogatego mitologicznego i historycznego zaplecza jak chociażby Tolkienowskie Śródziemie — a nawet jeśli ma, to poznajemy tu zaledwie skrawki.
Tym, w czym Le Guin tutaj przoduje, jest zagłębienie się w ludzką psychikę, w lęki i dążenia bohaterów, pokazanie ich psychologicznych przemian. To dlatego cykl o Ziemiomorzu jest głęboki i refleksyjny. Magia czy smoki są tu bardziej fasadą — to szaty, jakie przybrała ta opowieść, traktująca tak naprawdę o rzeczach i sprawach ważniejszych niż fantastyczny sztafaż. Le Guin sprawia, że wiedza o sobie samym i akceptacja własnych słabości stają się tutaj potężniejszą bronią niż nawet najpotężniejsze zaklęcie.
Choć to oczywiście kwestia gustu, można zaryzykować stwierdzenie, że cykl jest mimo wszystko nierówny. Każdą część można wprawdzie przeczytać bez bólu, ale te późniejsze nie osiągają wielkości dwóch pierwszych: „Czarnoksiężnika z Archipelagu” i „Grobowców Atuanu”. W tych dwóch powieściach autorka osiągnęła równowagę między światotwórstwem a wewnętrznymi rozterkami bohaterów — późniejsze tomy, mimo że udane, trochę gubią tę proporcję.
Świat jest płaski, a podtrzymują go cztery słonie, które z kolei stoją na ogromnym żółwiu. Jak wiemy z historii, ludzkie wyobrażenia o świecie nie zawsze muszą odpowiadać rzeczywistości. Tylko że w przypadku Świata Dysku właśnie odpowiadają.
Słynny cykl Terry’ego Pratchetta zdobył sobie popularność przede wszystkim dzięki humorowi, którym przepełniona jest każda strona. Z początku był to humor przede wszystkim parodystyczny — w pierwszych tomach Pratchett wyśmiewał schematy powszechnie znane i głęboko zakorzenione w fantastyce. Szybko jednak Świat Dysku stał się czymś głębszym — okazją do przedstawienia niczym w krzywym zwierciadle absurdów naszego własnego świata. Pełno tu więc błyskotliwych nawiązań do rzeczy, które znamy z naszej własnej rzeczywistości. Nic dziwnego, że oprócz humoru w późniejszych częściach niemało też refleksji — i to wcale nie wesołych.
Trudno właściwie określić Świat Dysku cyklem. To raczej kilka różnych cykli, tworzących uniwersum (podobne nieco do dzisiejszych uniwersów filmowych, w rodzaju Marvel Cinematic Universe), których poszczególni bohaterowie mogą do woli przekraczać granicę swojego cyklu i zaliczać gościnne występy w innych. A barwnych postaci tu co niemiara. Mamy więc cykl o tchórzliwym magu Rincewindzie, cykl o wiedźmach (z wyrazistą Babcią Weatherwax na czele), cykl o straży miejskiej, a nawet cykl, którego bohaterem jest… Śmierć we własnej osobie.
Co czyni Świat Dysku tak wyjątkowym? Przede wszystkim umiejętność łączenia lekkości formy z głębią treści. Pratchett potrafi rozbawić do łez, jednocześnie skłaniając do przemyśleń nad naturą ludzkiej agresji, stereotypami czy sprawiedliwością społeczną. Jego książki są zabawne, ale nigdy płytkie — pod warstwą gagów i absurdalnych sytuacji kryją się obserwacje trafne i ostre jak brzytwa.
brak komentarzy